Sekrety (nie)zabrane do grobu – „Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów” Kazuki Sakuraby

Kazuki Sakuraba nie uniknie porównań do Haruki Murakamiego, jednak „Czerwone dziewczyny” pisze z większą subtelnością i lekkością niż autor „Norwegian Wood”. Ród Akakuchibów skrywa wiele tajemnic, nie tylko zabójstwo, do którego matrona przyznaje się umierając.

„Czerwone dziewczyny” to saga rodzinna rodu Akakuchibów. W 1953 roku tajemniczy ludzie z gór porzucają małą dziewczynkę w japońskiej prowincji Benimidori. Młoda para bierze Manyõ pod swoje skrzydła i wychowuje wraz z własnymi dziećmi. Ku zaskoczeniu wszystkich, niepiśmienna Manyõ wychodzi za spadkobiercę fortuny Akakuchibów i jej życie diametralnie się zmienia. Wkrótce stanie się potężną matroną czerwonej posiadłości na wzgórzu, odkryje dar jasnowidzenia, urodzi buntowniczą córkę Kemari, a ta natomiast da życie narratorce powieści Toko. W „Czerwonych dziewczynach” Japonia to kraina czerwienią, biedą i śmiercią płynąca.

Kazuki Sakuraba przedstawia trzy pokolenia całkiem różnych od siebie kobiet, a narrację ich historii powierza najmłodszej z nich Toko. Młoda dziewczyna, którą bliżej poznajemy w trzecim segmencie powieści jest wobec siebie bardzo krytyczna. Uważa się za zwyczajną, niezwykle pospolitą i niegodną spuścizny tak wspaniałych kobiet jak jej matka i babka. Toko jako dwudziestoparolatka nie ma żadnej pracy, pasji i całymi dniami błąka się po ogromnej posiadłości Akakuchibów. Nie zamierza również wychodzić za mąż, więc trwa w zawieszeniu. To właśnie jej Manyõ powierza swój sekret na łożu śmierci, co zmusza dziewczynę do przestudiowania losów jej rodziny. Choć Japonia jest krajem bardzo odległym, postać Toko mierzy się z wątpliwościami identycznymi, jak wielu młodych ludzi, co w porównaniu z jej poprzedniczkami, przedstawia ją jako bardziej ludzką od Majyõ i Kemari. Jednocześnie zaś po barwnych i pełnych przepychu opowieści o nich, samokrytyka Toko jest całkiem uzasadniona.

Autorka stwarza niezwykle ciekawe portrety kobiet rodu, nie zapominając jednak o postaciach drugoplanowych. Żadna z Akakuchibów nie jest samotniczką, wszystkie otoczone są przez przyjaciółki, sojuszników i wrogów. Historie każdej z nich współgrają z ówczesnym tłem historycznym, na które składają się głównie przemiany gospodarcze, ekonomiczne i technologiczne, a co za tym idzie, zacieranie granic klasowych i unowocześnianie huty, której właścicielem jest rodzina Akakuchibów. Gdy „bańka spekulacyjna” pęka, a wielki piec fabryki zostaje zastąpiony nowym, wielu ludzi może stracić pracę, przychodzi chaos i niepewności.  Kazuki Sakuraba świetnie przedstawia właśnie wszelkie kulturowe i społeczne przemiany w kraju, jednak za mało w tym wszystkim Japonii, w której bohaterki żyją, ale dla czytelników z całego świata jest jedynie odległym krajem.

Kazuki Sakuraba waży słowa i, jak na sagę rodzinną o takim rozmachu, jest w nich niezwykle oszczędna. W „Czerwonych dziewczynach” śmierć przewija się często, lecz subtelnie, podobnie jak wiele z obyczajowych skandalów i sekrety, te większe i mniejsze, które bohaterki ukrywają w zakamarkach Benimidori.

O kobiecie, która żyć nie chciała – „Wakacje nad Adriatykiem” Zofii Posmysz

Usłyszane na adriatyckiej plaży zdanie, przenosi bohaterkę „Wakacji nad Adriatykiem” do czasów drugiej wojny i obozów śmierci. Zofia Posmysz opowiada o kolonijnej rzeczywistości zdaniami długimi, wyważonymi i pełnymi retrospekcji. Słowo „obóz” nie pada tu ani razu.

Narratorka powieści, nazywana później Sekretarką, i Ptaszka poznały się w obozie. To trudna, wymagająca i dziwaczna kobieca przyjaźń, która w głównej mierze opiera się na nierównomiernej trosce o siebie nawzajem. Narratorka jest pełna woli walki, wierzy, że nie przyzwyczajając się do nikogo, będąc czujną i silną, jest w stanie przeżyć. W dramatycznej szamotaninie o życie, bohaterka ciągnie za sobą Ptaszkę. Ta, zrezygnowana i gotowa umrzeć już teraz, zaraz, nie podejmuje nawet oporu wobec bezsensownej śmierci.

Bohaterka powieści obozu tak naprawdę nigdy nie opuściła. Świat kolonii, jak go nazywa, którego pilnują Rycerze i Rycerki jest pełen chorych, słabych i brudnych więźniarek, nad którymi nadzór sprawują Panie Starsze. Choć wojna się już skończyła, a nasza narratorka wyjechała nad morze, by przyjemnie spędzić wakacje, wystarczy byle iskra, by wspomnienia odżyły. W ten sposób czytelnicy zatapiają się w monologu Sekretarki, która w rzeczywistości jest jedynie ciałem, bo umysł na nowo odtwarza smród palonych ciał, gazowania i katorżnicze prace. A przede wszystkim Ptaszkę, która choć mogła, żyć nie chciała.

Autorka nie prowadzi fabuły linearnie, skacze pomiędzy wydarzeniami z dni, które wyglądają często tak samo. Obozowa trauma nie tkwi tu więc w makabrycznych scenach, a właśnie codzienności nędzarek, prostocie stylu i w dobrze wywarzonych oraz subtelnych momentach. Zofia Posmysz odnalazła balans pomiędzy wydarzeniami oraz bohaterkami, które przedstawia. Narratorka jest kobietą niezwykle silną, zdeterminowaną i trzymając się własnych zasad, nie pozwala się zdominować. Również pomiędzy więźniarkami istnienie pewna hierarchia. Wcześniejsze numery patrzą na nowo przybyłe z mieszaniną gniewu, zazdrości oraz wielkim poczuciem niesprawiedliwości.

„Wakacje nad Adriatykiem” po raz pierwszy ukazały się w 1970 roku i od tego roku są ważną pozycją w literaturze traktującej o obozach śmierci. Zofia Posmysz zamieniła własne doświadczenia, w sposób niezwykle odważny, w piękną powieść o kobiecej przyjaźni i dramacie wojny. Mocna, autentyczna i dająca do myślenia.

Starzy dziennikarze nie walczą o kontent – „#upał” Michała Olszewskiego

„Moi rodzice żyją w głębokim ubóstwie informacyjnym, które uważam za groźne, bo jak można nie wiedzieć, co się dzieje gdzie indziej” – mówi Fej, główny bohater „#upału”. Zagląda do telefonu w dzień i w nocy, nie może ominąć go żadna informacja, bo niewiedza sprawia, że wypada się z gry. Michał Olszewski tworzy trafny portret współczesnego dziennikarza.

„#upał” to dzień z życia redaktora portalu internetowego. Newsroom krakowskiego Miasto na Gorąco 24/7 walczy o klikalność, szery na fejsie i miliony lajków. Dawniej, gdy istniała wciąż wersja papierowej gazety, dziennikarze mieli czas na odpoczynek, relaks przy wieczornym drinku czy zabawę ze swoim dzieciakiem, który właśnie zaczął sklejać litery w pierwsze słowa. Ale to było kiedyś, o tym pamiętają w Pokoju Starych Dziennikarzy. Czterdziestoletni Fej jest już po odwyku od sieci (który nawiasem mówiąc przerwał przedwcześnie), ma żonę, dzieci, kochankę, kredyt i dom, do którego nie zawsze wraca na noc. Kontent sam się przecież nie zrobi.

Michał Olszewski bez ściemy opowiada o życiu dziennikarza internetowego w erze upadku gazet i triumfu 100-znakowych newsów na wallu. Fej wszystko robi „na szybkości”, bo liczy się czas, ilość wrzuconych informacji i odpowiednie ich podgrzewanie, żeby się czytelnicy ekscytowali. Przy ogarnianiu wszystkiego i spływaniu prasowych depeszy z prędkością światła, ma za zadanie szkolenie stażystów chętnych do wciągnięcia się w morderczy wir informacyjnego szumu. Olszewski bezpardonowo przedstawia świat dziennikarzy internetowych, którzy żyją dla „napierdalania statusów” i podkręcania tematów w social mediach.

Dziś najlepiej, by dziennikarz wiedział coś o wszystkim i wszystko o czymś, a swoich rozległych zainteresowań nie był w stanie policzyć na palcach obu rąk. Wie o tym stażystka Milena, która deklaruje, że interesuje się właściwie wszystkim, a następnie wymienia spektrum swoich zainteresowań od literatury, sportu i ekonomii, po podróżowanie („(…) ostatnio na przykład odwiedziłam Moskwę, gdzie spędziłam całe trzy godziny.”), rynki paliwowe oraz amatorską grę na giełdzie. Jej prawdziwą pasją jest natomiast fotografia. Coś z niej jeszcze będzie, Fej uczy jak za pomocą kilku haseł wygenerować ruch w sieci.

„#upał” jest powieścią bardzo demaskatorską. Olszewski jako doświadczony reportażysta opowiada językiem „ludzi mediów” o nieustannym ogarnianiu, wielozadaniowości oraz życiu newsem z drugiego końca kraju, ale prędzej czy później doprowadzi to do katastrofy. „Na szybkości” bardzo łatwo o to, by powinęła się nam noga. W mediach huczy, redakcja linczuje maratończyka, który porzucił psa w taki #upał i relacjonuje wszystko w twittach. „#upał” jest satyryczny, lecz absolutnie nie fikcyjny. Olszewski nie zmyśla, a trafnie opisuje medialną rzeczywistość i tworzy niezwykle żywego bohatera, który głęboko wierzy w słuszność misji swojej i jego redakcyjnych kolegów.