Kto jest ojcem, Bridget? – „Bridget Jones 3” na ekranach kin

Piętnaście lat temu po raz pierwszy zobaczyliśmy na ekranie Bridget Jones. Kobietę trzydziestoletnią, mieszkającą samotnie, niepotrafiącą gotować i organizować swojego życia. Przy tym często wpadającą w kłopoty i niezręczne sytuacje. Żeńska część widowni pokochała mężczyzn jakimi byli Mark Darcy i Daniel Cleaver, ale pokochała i Bridget. Dlaczego? Bo była taka, jak każda z bab. Miała biust i pupę, którą ładowała w obcisłe barchany, robiła maślane oczy do szefa i zapamiętale liczyła kalorie, które pochłonęła. W popkulturze złamała schematy, odarła postać kobiety ze wstydu i do dziś jest przykładem na to, że można być seksowną nie podążając na nieosiągalnymi wzorcami piękna.

Bridget Jones jest postacią kultową. Gdy po raz pierwszy weszła na ekrany kin w 2001 roku, skonfrontowała się z ówczesnym ideałem wysokiej, szczupłej i powabnej kobiety w stylu Carrie Bradshaw. W przeciwieństwie do roli Sary Jessici Parker, która żyła pisząc jeden felieton tygodniowo, imprezowała niemal co wieczór na najmodniejszych nowojorskich klubach, a i dawała przy tym radę ubierać się w najdroższych butikach światka pięknych i bogatych, Renee Zellweger przeczyła temu w stu procentach. Niewysoka, pulchna i zaróżowiona na twarzy Bridget pracowała w wydawnictwie i nierzadko zdarzało się jej być chodzącą katastrofą, gdy ją poznaliśmy. Jones piła za dużo, miała lekką nadwagę i przyciągała niefortunne sytuacje jak magnes, a pomimo to zawsze uganiało się za nią dwóch facetów. Po ponad dekadzie i to się nie zmienia, a niezdarna Bridget znów ma szansę zagościć w sercach widzów.

Trzecia już część przygód Bridget mogłaby się sprowadzać do jednego pytania – kto jest ojcem? Jones świętuje kolejne urodziny, znów samotnie i znów z butelką wina. Gdy przejmujące dźwięki „All By Myself” wypiera „Jump Around” House of Pain, wiemy, że w życiu niegdyś głupiutkiej i mało rozgarniętej Bridget wiele się zmieni. Otóż zmienia się, gdy nasza bohaterka postanawia nie popełniać w kółko tych samych błędów, a jak przyznaje… zacznie popełniać nowe. Zanim akcja ruszy na dobre, dowiadujemy się, że Bridget Jones powodzi się całkiem dobrze, schudła, awansowała – jest wydawczynią programu informacyjnego, wciąż ma tę samą grupę znajomych. Ale oni ruszyli dalej, a Bridget kończy się data przydatności seksualnej, jak sama zauważa. Posucha kończy się wraz z pojawieniem się Jacka Qwanta (Patrick Dempsey), twórcy algorytmu pozwalającego znaleźć miłość życia. Ich spotkanie jednak nie było zapoczątkowane logicznym równaniem, tak samo jak powrót dawnej miłości – Marka Darcy’ego.

Zmieniła się Bridget, zmienił się świat, w którym żyjemy. W stacji telewizyjnej, gdzie pracuje, dochodzi do pewnej wymiany pokoleniowej. Newsy muszą być nowsze, dynamiczniejsze i bardziej angażujące widza. Nowi pracownicy pochodzą z rzeczywistości instagramowej, gdzie wstawiają zdjęcia zdrowych posiłków, świata brodatych i wąsatych jegomościów i wyrazistych matowych szminek na kobiecych ustach. Istna hipsteriada w porównaniu do Jones i reszty ekipy telewizyjnej, którą pamiętamy już z pierwszej części. Ta satyra na medialnych freelancerów pcha znów Jones w inną zabawną intrygę, a konkretnie w dwie pary ramion mężczyzn zakochanych w niej po uszy. W „Bridget Jones 3” różnice pomiędzy kochankami nie są już tak wyraźne, obaj nie są tak skontrastowani jak Mark Darcy i Daniel Cleaver. Dempsey’owi bliżej do tego pierwszego, lecz nie oszczędzono mu szalonego romantyzmu, uroczych kwestii i seksownej kreacji, która absolutnie nie została podebrana Cleaverowi. Postać Jacka Qwanta jest świeża, optymistyczna i cudownie romantyczna, a dla Bridget jest idealnym kochankiem, nawet jeśli mowa o „one night stand”. Patrick Dempsey uwikłany w ten miłosny trójkąt świetnie odnajduje się w tej pełnej humoru, farsy i śmiechu komedii. A ta, choć masowa i schematyczna, wciąż inteligentna i w dobrym guście.

„Bridget Jones 3” to kontynuacja idealna, udana i niewymuszona. Collin Firth i Renee Zellweger chętnie wrócili do dawnych ról i po dwunastu latach od „W pogoni za rozumem” wciąż emanują podobnym entuzjazmem. Sam Dempsey znalazł swoje miejsce w szalonej rzeczywistości Bridget, a i nawet Hugh Grant, choć w filmie nieobecny, dostał pięć minut dla swojej postaci. Uznanie niezaprzeczalnie należy się również Emmie Thompson, która poza udziałem w scenariuszu filmu, odegrała wspaniałą komediową rolę ginekolożki Jones. Znani widzom bohaterowie i reżyserka Sharon Maguire (również odpowiedzialna za pierwszą część przygód Bridget Jones) stworzyli przyjemną, lekką i błyskotliwą komedię nie tracąc pierwotnego rysu głównej bohaterki, który widzowie na całym świecie tak pokochali.

Reklamy

Challenge accepted – „Nerve” z Emmą Roberts i Dave’em Franco

Nerve to gra na wyzwania. Logujesz się, zostajesz wyzwany i nagrywasz. Magicznie na twoim koncie bankowym pojawiają się pieniądze. Zasady są proste, jak szybko zyskasz, równie szybko możesz stracić. Do finału dotrą najwytrwalsi. Z każdym wyzwaniem robi się coraz trudniej, lecz perspektywa dodatkowych tysięcy dolarów robi swoje. Jak daleko można się posunąć w tym szaleństwie?

Venus (Emma Robert) i Sidey to przyjaciółki różne jak woda i ogień. Gdy pierwsza z nich, nieśmiała i nieco płochliwa, chowa się za aparatem fotograficznym, druga prowadzi ryzykowne życie w grze Nerve, gdzie obserwują ją tysiące internautów. Vee niejako wyzwana przez przyjaciółkę do podjęcia ryzyka, rozpoczyna walkę o dolary na oczach całego Nowego Jorku. Niewinne początkowo wygłupy przeradzają się w czyny na granicy przestępstwa i przymus dalszego narażania życia. Cały świat patrzy i jest żądny adrenaliny.

Nerve to 24-godzinna gra, w której areną jest teren całego miasta. Dołączyć może każdy, wybieramy spośród dwóch opcji – gracz lub obserwator. Ta wirtualna gra przypomina nieco „prawdę lub wyzwanie”, tyle że bez prawdy, a z dolarami za każde wykonane zadanie. Gracze nagrywają swoje wyczyny na smartfonach i puszczają w sieć, gdzie za drobną opłatą można oglądać i współtworzyć (na zasadzie Wikipedii) scenariusz dla użytkowników. Nerve ma jedynie trzy zasady, za których złamanie grozi kara. Po pierwszych zarobionych stu dolarach rośnie i ryzyko, i stawka.

„Nerve” rozpoczyna się jak typowy film dla nastolatków, co zresztą sugerować może obsada, lecz to wrażenie szybko mija, bo akcja nabiera rozpędu. Henry Joost i Ariel Schulman (znani m.in. z „Paranormal Activity”) zadbali o niezwykle interaktywny charakter produkcji przedstawiając widzom wirtualną rzeczywistość gry, która ociera się o dobrze znane smartfonowe aplikacje. „Nerve” ma momentami monotonniejsze i nieco banalne sceny, lecz nie można reżyserom zarzucić nudy, bo film rzeczywiście trzyma w napięciu, szczególnie dzięki niewyraźnym granicom pomiędzy światem gry tym rzeczywistym, co tworzy go atrakcyjnym i dynamicznym. Co więcej, para głównych bohaterów to naprawdę zgrany duet. Między Roberts i Franco widać chemię, nie brakuje scen humorystycznych i romantycznych, a te na tle thrillera sprawiają, że twórcy ostatecznie wymknęli się gatunkowi.

Emma Roberts świetnie odnajduje się w roli z zupełnie przeciwnego bieguna niż jej bohaterka w „Królowych krzyku”, a Dave Franco ma wreszcie pole do popisu w kreacji szelmowskiego flirciarza i aktorsko w niczym nie ustępuje starszemu bratu. Kilka minut sławy dostaje także Emily Meade, która jako przyjaciółka głównej bohaterki odgrywa ważną rolę, lecz momentami jej postać jest potraktowana dość instrumentalnie. Na ekranie oglądamy również rewelacyjną Juliette Lewis, choć ją niestety widzimy nie dłużej niż pięć minut w całym filmie, a jej rola sprowadza się jedynie do kilku chwil bycia matką protagonistki i nie wnosi nic do całego przebiegu akcji.  Aktorzy dają się szybko polubić, więc kolejne kaskaderskie numery w ich wykonaniu nie są nam obojętne, a co za tym idzie – niejako moralizatorski charakter filmu. Na fali Pokemon Go, Tindera czy Instagrama, gdzie liczy się like, share i follow, nikt nie myśli już o tym co etyczne, co prywatne i zbyt śmałe. Gra Nerve to ekstremalne połączenie social mediów i walki o popularność w sieci, a przy tym szybko zarobione pieniądze.

„Nerve” reklamowane bardzo słabo zbyt dużo zdradzającym trailerem jest sporą niespodzianką. Pomimo łopatologicznie przedstawionych wartości i skupieniu twórców na zwrotach akcji aniżeli dylematach etycznych bohaterów, film wypada nadzwyczaj pozytywnie na tle ostatnich kinowych premier. „Nerve” to całkiem niezłe kino akcji, niewymagająca historia i dość fatalistyczna wersja dobrowolnego udziału w „Igrzyskach śmierci” w naszym świecie.

Podróż sentymentalna – „Śmietanka towarzyska” Woody’ego Allena

Każdy kolejny film Woody’ego Allena promowany jest jako jego najlepszy w historii. Prawdą to oczywiście nie jest, osiemdziesięcioletni reżyser jak co roku powraca na ekrany kin z efektowym i zachwycająco świeżym obrazem. Poczciwy reżyser tym razem składa ukłon w stronę Hollywood, gdzie piękni i bogaci tańczą całą noc w dźwiękach jazzu.

Bobby Dorfman (Jesse Eisenberg), młody nowojorczyk pochodzący z żydowskiej rodziny, postanawia wyjechać z rodzinnego domu i zaznać hollywoodzkiego życia. Trafia pod skrzydła swojego wypływowego wuja, który w Beverly Hills jest znanym agentem gwiazd. Trudno o bardziej pełne przepychu miejsce niż ta stolica filmowego światka, gdzie główny bohater zaczyna od posady gońca i szybko poznaje ważne osobistości branży. Wuj Phil (Steve Carell) wyznacza na przewodniczkę swojego zahukanego siostrzeńca młodą Vonnie (Kristen Stewart). Piętrzące się anegdoty, pierwsze miłostki i uczuciowe wybory tworzą historię iście allenowską. Koniec końców, bohaterowie padają ofiarą komedii sadystycznego komediopisarza, jak mówi sam główny bohater.

Znając wcześniejsze filmy Allena można odnieść wrażenie, że jego najnowszy „Cafe Society” jest zbiorem najlepszych scen reżysera. Wszystko, do czego kiedykolwiek uciekał w swoich nierzadko utopijnych obrazach lat trzydziestych w Nowym Jorku, starannie zgromadził w nowym dziele. Sam prowadzi tu narrację zza kadru, karmi widza anegdotami z życia żydowskiej rodziny, przewrotnymi rozmyślaniami o religii i tożsamości, po raz kolejny pokazuje związek młodej dziewczyny ze starszym mężczyzną, a co najbardziej widoczne – walki intelektualisty ze zwyczajnym życiem, nawet w blasku hollywoodzkiego blichtru.

Jesse Eisenberg, który szczególnie błysnął aktorskim kunsztem w „The Social Network”, wciela się tym razem w rolę Bobby’ego, lecz czy nie lepiej nazwać to – w rolę samego Woody’ego Allena? Choć nie jest to pierwszy film, który tworzy wraz z reżyserem, to w „Śmietance towarzyskiej” dużo bardziej niż wcześniej odwzorowuje dawne role zdobywcy Oscara. Eisenberg jako drugie wcielenie Allena odgrywa rolę z niemalże identycznym rozedrganiem zarówno w mowie, jak i w ruchach, jak sam Woody wiele lat temu w „Annie Hall” czy „Manhattanie”. Neurotyczna natura cechuje bohaterów twórcy. W rolach kobiecych mierzą się ze sobą Kristen Stewart i Blake Lively, gdzie ta druga wypada o wiele lepiej i, gdyby scenariusz na to pozwolił, całkiem przyćmiłaby niewzruszoną fasadą bogactwa Vonnie. Postać Stewart, choć ujmująco bezpośrednia i momentami pretendująca do allenowskiej roli Annie Hall, dużo traci, gdy na scenę wkracza piękna, zmysłowa i niezwykle czarująca Lively. Kontrast, myślę, że zamierzony, ucieka w skrajność. W „Śmietance towarzyskiej” zachwycają również mocno zarysowane postacie drugoplanowe. Rewelacyjny Corey Stoll wciela się w eleganckiego gangstera, Steve Carell burzy uporządkowane życie swojego bohatera nowoodkrytą wrażliwością, a duża rodzina Bobby’ego bawi scenkami z życia.

Co najważniejsze, „Śmietanka towarzyska” to swoista podróż sentymentalna Woody’ego Allena. Reżyser od przezabawnych komedii w latach 70. przeszedł przez dramaty takie jak „Wnętrza” i bajkowe opowieści w stylu „O północy w Paryżu”, by w „Cafe Society” odnaleźć pewien spokój, harmonię i zadziwiającą świeżość. Allen znów tworzy historię o ukochanym Nowym Jorku, odnajduje siebie w młodym Eisenbergu i zanurza się, z widocznym utęsknieniem, w nocnych atrakcjach klubokawiarni lat 30. Allen romantyk gra to wszystko jeszcze raz. „Śmietanka towarzyska” jako „the best of” reżysera może znudzić widzów poszukujących elementu zaskoczenia, słodyczą będzie jednak dla fanów twórczości. Będzie przytulnie, znajomo i nawet nostalgicznie. Oby nowojorski jazz nigdy nie ucichł.