Muza prowadząca Burton tworzy piękne obrazy – „Muza” Jessie Burton

Brytyjska autorka podbiła serca czytelników w Polsce i na świecie debiutancką „Miniaturzystką”. Teraz zadziwia historią pewnego obrazu skrywającego tajemnicę odkrywaną trzydzieści lat. Jessie Burton powraca z opowieścią o artystach, imigrantach i pierwszych miłościach, tych krótkich i tak potrzebnych.

Odelle Bastien mieszka w Anglii już pięć lat. Pracuje w sklepie obuwniczym, co nie jest jej marzeniem jako wielbicielki literatury. Podejmuje skromne próby pisania, lecz wiąże swoją karierę z ogółem świata sztuki. Dostaje propozycję pracy jako maszynistka w Instytucie Skeltona i z chęcią pojawia się na wezwanie przełożonej Marjorie Quick. Oprócz tej nietuzinkowej kobiety, w życiu dziewczyny pojawia się jeszcze jedna osoba. Odelle poznaje na przyjęciu weselnym swojej najlepszej przyjaciółki intrygującego mężczyznę – Lawrie’ego. Romans kwitnie, a chłopak przedstawia jej obraz, który pozostawiła mu zmarła matka. Instytut Sztuki jest żywo nim zainteresowany, bo może być zaginionym dziełem hiszpańskiego malarza.

Po wydaniu debiutanckiej „Miniaturzystki” Jessie Burton zdobyła rozgłos nie tylko w swoim kraju, ale i zrobiła spore zamieszanie na rynku międzynarodowym. Powieść ta została przetłumaczona aż na 36 języków. We wchodzącej na polskie półki „Muzie” Burton przedstawia dwie różne płaszczyzny czasowe, których osią jest obraz „Rufina i lew”. Trzydzieści lat przed historią Odelle rozegrała się inna, dająca jej początek. Do Andaluzji przybyła wówczas z Wiednia żydowska rodzina Schlossów z niezwykle uzdolnioną córką Oliwią. O talencie nie wie nikt, dziewczyna skrycie tworzy dzieła, bo wie, że nie ma szans zaistnieć. Świat poznaje wtedy młodego malarza, który zdobywa rozgłos dzięki fundacji Peggy Guggenheim. Obrazy wyruszają w świat.

Must-read! Must-have! Must-paint? Nie zdziwimy się, jeśli “Muza” tak was zainspiruje. #jesssieburton #portretmuzy

A post shared by Wydawnictwo Literackie (@wyd_literackie) on

„Muza” opowiada więc o dwóch kobietach – Odelle żyjącej w latach sześćdziesiątych w Londynie i Oliwii z hiszpańskiej Andaluzji lat 30. – które łączy jedynie obraz elektryzujący artystyczne środowisko na przestrzeni tych lat. Co ciekawe, Jessie Burton porusza problemy, które choć bardziej opowiadające tamtym czasom, znajdziemy i dziś. Odelle jako ciemnoskóra imigrantka jest piętnowana bardziej lub mniej otwarcie przez Brytyjczyków. Autorka kontruje również obraz Londynu tak wspaniałego i pełnego możliwości w historiach w Trynidadzie, z którego pochodzi główna bohaterka, oraz ten prawdziwy, zimny i nieprzyjemny, którego doświadcza. Londyn nie wita Odelle z otwartymi ramionami i tak samo świat artystów nie przyjmie młodej malarki Oliwii trzydzieści lat wcześniej. Sztuka bowiem należała do mężczyzn, uważano, że tylko oni byli w stanie przelać emocje w rzeczywistą formę ekspresji.

Bohaterowie „Muzy” są o tyle intrygujący, że niewiele ich ze sobą łączy. Choć funkcjonują w jednej przestrzeni, wiele ich dzieli – wiek, pochodzenie, kolor skóry czy klasa społeczna. Mają jedną wspólną cechę – niezwykłą wrażliwość na sztukę. Tytułowa muza nie odnosi się tu też do kobiet, te są bardzo silnymi indywidualnościami, którym by zapłonąć trzeba iskry. Iskrą staje się mężczyzna. „Muza” nie jest powieścią historyczną czy polityczną, ale autorka umiejętnie wplata pewne wątki, by zarysować tło wydarzeń i osadzić akcję w konkretnym czasie przemian społecznych. Powieść Jessie Burton rozwija się wprawdzie dość powoli, lecz układanka z porozrzucanych po książce tropów wynagradza to czytelnikowi. „Muza” poza fascynującą historią malowanego arcydzieła, mówi o powszechnych, bliskich nam poszukiwaniach samych siebie na przykładzie dwóch kobiet, które zawsze musiały starać się bardziej.

„Nie każdy z nas otrzymuje to, na co sobie zasłużył.”

Reklamy

Pożyczone szczęście ułudą spełnienia – „Światło między oceanami”

Gdy dobry, dwugodzinny melodramat mija dosyć bezboleśnie, zastanawiamy się dlaczego historia niewymagająca upiększenia, nie szarpnęła widzem. Subtelny obraz niedoczekanego macierzyństwa wzrusza, choć pozostawia obojętnym. Fantastyczna obsada stara się nadrobić niedociągnięcia.

Weteran I wojny światowej dobija do wybrzeży Zachodniej Australii. Tom Sherbourne (Michael Fassbender) pragnie spokoju, chce zaszyć się gdzieś w ciszy na odludziu, by uspokoić umysł. Podejmuje pracę latarnika na małej wyspie Janos, gdzie poza nim, nie ma nikogo. Od czasu do czasu musi pojawić się jednak na bliźniaczej wyspie w sprawach formalnych. To tam poznaje Isabel (Alicia Vikander), intrygującą i bezprecedensową młodą kobietę, która w niezrozumiały dla niego sposób jest w stanie wydobyć życie z mężczyzny, który przeżył piekło wojny. Zakochani pobierają się i udają na Janos, by założyć rodzinę i żyć szczęśliwie. Isabel nie jest w stanie urodzić dziecka, porania dwukrotnie. Gdy nadzieja niemal już umarła, na bezbrzeżnym oceanie pojawia się łódka, a na niej zaledwie kilkumiesięczna dziewczynka.

Derek Cianfrance, reżyser niezwykle udanego „Blue Valentine” z Ryanem Goslingiem i Michelle Williams, zabrał na warsztat „Światło między oceanami”, bestsellerową powieść M.L. Stedman. Znów toksyczny związek, znów rodzinne problemu, znów dobre chęci, które mają katastrofalne skutki. Niby podobnie, ale całkiem inaczej i gdy wspomniany wcześniej film możemy uznać za sukces, tak wchodzący do kin obraz z Fassbenderem i Vickander jest dość monotonnym melodramatem. „Światło między oceanami” to piękna historia o trudach małżeństwa i rodzicielstwie, o tym, że zrobi się wszystko, byle by uszczęśliwić partnera. Kiedy to szczęście dawane jest kosztem innych, prędzej czy później pojawiają się konsekwencje. Dla Isabel konsekwencje przyszły po czerech latach, gdy zrozpaczona matka szukająca swojego dziecka zaginionego na wodach oceanu, nieświadomie je znajduje.

„Światło między oceanami” to niezwykle nostalgicznie zrealizowany film. Harmonia z naturą, cisza wyspy Janos, intensywna, lecz niewymagająca wielu wypowiedzianych słów relacja kochanków. Cianfrance zabrał swoją ekipę na nowozelandzkie odludzie, gdzie tak jak i jego bohaterowie za towarzysza mogli mieć jedynie szum oceanu. Tercet Fassbender – Vikander – Weisz może być skazany na sukces i aktorzy też nie zawiedli. Michael Fassbender w roli posągowej głowy rodziny, opoki dla żony i nadchodzącego dziecka, spisał się znakomicie. Aktor znany z dramatów takich jak „Wstyd” i „Głód” (oba Steve’a McQueena) pokazywał się już w mocno udramatyzowanych produkcjach. We „Wstydzie” pada na kolana i wybucha płaczem emanując desperacją i bezsilnością, co również, choć w małym stopniu, pokazuje nam niekiedy w „Świetle…”. Niezwykle subtelne są role matek, i biologicznej, i samozwańczo adopcyjnej. Kobiety wykonują drobne gesty, i choć pierwsze skrzypce w dramatycznych scenach gra tu szwedzka aktorka, Rachel Weisz jest bardzo wiarygodna w niestety niewielu wspólnych ujęciach, w których się z nią pojawiła.

„Światło między oceanami” nie jest więc wyciskaczem łez, choć niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny. Derek Cianfrance opowiedział historię rzetelnie, choć scenariusz wraz z pierwowzorem był wyczuwalnie literacki, co niekoniecznie sprawdza się idealnie na ekranie. Reżyser zapewnia przyjemne dla oka zachody słońca, przy których czytane są romantyczne listy, melancholijne odbicia w tafli wody i gwałtowne nawałnice, tożsame z tym, co dzieje się z bohaterami. To klasyczny, dobrze zagrany melodramat, którego główną wadą jest pewna płaskość, monotonność. Oraz to, że między widzem, a opowiadaną historią czuć dystans, którego wrażenia nie zmaże pocztówkowa sceneria.

Mamo, tato, sypiam z wrogiem – „Żywopłot” Dorit Rabinyan

Historia miłości Żydówki z Tel Awiwu i Araba z Hebronu wstrząsnęła Izraelem. Uhonorowany Nagrodą Bernsteina bestseller Dorit Rabinyan obronił się przed cenzurą głosami wielu literatów, czytelników, nauczycieli i działaczy politycznych. Miłość, która połączyła autorkę z palestyńskim malarzem Hassanem dała początek powieści „Żywopłot”.

Liat, młoda dziewczyna pochodząca z Izraela, słyszy pukanie do drzwi swojego nowojorskiego mieszkania. To FBI. Zadają parę pytań, wychodzą. Wcześniej ktoś widział jak siedziała w kawiarni z laptopem i coś pisała. Niezrozumiałym dla niego językiem, może po arabsku? W metrze było ogłoszenie, że gdybyś zobaczył coś niepokojącego, zadzwoń. Dlaczego? Mamy rok 2002, Nowy Jork żyje traumą tragedii 11 września. NYC, miasto ponad podziałami, wielokulturowe i tak różnorodne, że może być symbolem wolności dla izraelskiej żydówki i palestyńskiego artysty Hilmiego. Znajdując siebie w miejscu tak odległym od domu, stają się sobie niebezpiecznie bliscy, a nie powinni. Izrael i państwa Arabskie są pogrążone w konflikcie od 68 lat.

Liat i Hilmi poznają się tak jak wiele par na całym świecie – w kawiarni. Zbliża i wspólny papieros, poszukiwanie zawieruszonych kluczy, pochodzenie… Choć to nie do końca, bo jak są sobie bliscy na amerykańskiej ulicy przy nieznośnym mrozie, tak dalecy i od małego nauczeni, by się nienawidzić. Ich kraje pogrążone w wojnie, rodzina, bliscy nigdy nie zaakceptowaliby tej znajomości. A co dopiero rodzącego się przy papierosowym dymie uczuciu. Liat przebywa w Nowym Jorku na stypendium. To tylko chwilowe, nikt nie musi wiedzieć, mówi sobie. Ale Hilmi jest przecież tak troskliwy, tak opiekuńczy i przekształca amerykańską przygodę w namiętny romans, poczucie bezpieczeństwa i bliskości, na które przecież oboje tak rzadko sobie pozwalają. Boją się zaangażowania i boją się o tym rozmawiać, choć rozmawiają bez przerwy i tak mijają kolejne miesiące dzielące ich od rozstania. Liat wraca do Tel Awiwu.

Powiedzieć, że książka Dorit Rabinyan wywołała kontrowersje, to powiedzieć przeraźliwie mało. „Żywopłot” wywołał społeczno-polityczny konflikt i został wykreślony ze szkolnej listy lektur przez izraelskie Ministerstwo Edukacji. Powód? Miłość Izraelki i Palestyńczyka. Autorce zarzucono szkalowanie izraelskiej armii, promowanie małżeństw mieszanych, co jest zagrożeniem dla żydowskiej odrębności. W ramach protestu zaczęto wykupować książki po kilka egzemplarzy, pozycja zaczęła znikać z półek, zaplanowano dodruk. Przy okazji przetłumaczono ją na piętnaście innych języków. Rabinyan zaskoczona pozytywnie obrotem sytuacji podkreśla, że akt zakazywania jakiejkolwiek pracy artystycznej czy literackiej jest rysą na obliczu demokratycznego społeczeństwa. Czy debata jednak może być początkiem do dialogu między państwami? Jest to daleko idąca sugestia, jednakże otwiera w Izraelu furtkę do pytań kim jest wróg i dlaczego niby nim jest.

„Żywopłot” to poza polityczną otoczką głównie historia nieśmiałej miłości. Romansu poniekąd zakazanego, trzymanego w tajemnicy i niezwykle kameralnego. Na poły biograficzna powieść Dorit Rabinyan ukazuje też coś bardzo ważnego, czyli zachowanie tożsamości w związku. Bo można łatwo zlać się w jedną osobę, dwie identyczne krople wody. Dla Hilmiego i Liat było nieco prościej, bo dzieliło ich tak wiele, choć w jednym konkretnym punkcie czasu byli razem w Nowym Jorku i było pięknie. Związki osób z dwóch różnych krajów trwają teraz, lecz zauważyć można, że i wspomnienia, i doświadczenia są inne. Tak dużo dzieli, od religii, przez wpojone stereotypy, po samą nawet ideę postrzegania świata. A Ameryka, jako „ziemia niczyja” wzmogła to uczucie. Przyjemna historia o niespodziewanej (a jakże) miłości pisana była sześć lat. Dziś, w roku 2016, ludzie wciąż zabijają się w imię religii.