„Siedem minut po północy”: Nie wszystkie potwory są złe

Baśniowy klimat „Siedmiu minut po północy” w reżyserii hiszpańskiego twórcy ujmie nie tylko młodszą widownię. Książkowy pierwowzór miał ogromny potencjał, by dobrze opowiedzieć historię o miłości, śmierci i dorastaniu również na wielkim ekranie. Efekty tego obejrzeć można w kinach od 25 grudnia.

Głównego bohatera opowieści poznajemy w bardzo trudnym momencie życia. Kilkunastoletni Conor (Lewis MacDougall) zmuszony był dorosnąć o wiele szybciej niż jego rówieśnicy i samodzielnie zająć się domem, przygotowaniem posiłków i przede wszystkim – chorą matką (Felicity Jones). Ta, z nowotworem w zaawansowanym stadium, nie jest w stanie w pełni opiekować się synem. Częściowo wyręcza ją jej matka (Sigourney Weaver) oraz ojciec chłopaka, który mieszka już nie w Wielkiej Brytanii, a w USA wraz ze swoją nową rodziną. Conor ucieka w świat fantazji, który momentami jest jego koszmarem. Dokładnie siedem minut po północy pojawia się potwór, który do zaoferowania ma chłopakowi trzy historie. Historie, które z pozoru nie powstrzymają szkolnych chuliganów od systematycznego okładania pięściami chłopca. Historie, które nie uzdrowią śmiertelnie chorej matki. Historie, które traktując o wiedźmach, królewiczach i wspaniałych władcach, tłumaczą mu zasady rządzące prawdziwym światem.

„Siedem minut po północy” to opowieść o chłopcu zbyt dojrzałym, by być dzieckiem oraz zbyt młodym, by stać się mężczyzną – mówi nam głęboki głos potwora, którego użyczył Liam Neeson. Choć aktora na ekranie nie zobaczymy, towarzyszy głównemu bohaterowi nieprzerwanie, stając się poniekąd mentorem chłopca. Świat fantastyczny, niewidoczny dla innych ma odzwierciedlenie w samej postaci Conora, chłopiec dużo maluje, a szkicownik jest z nim wówczas, gdy nie ma przy nim matki. Gdy ta coraz częściej musi zjawiać się w szpitalu, Conor wzywa potwora, który jak się okazuje ma nie niszczyć, a nauczać. Młody Lewis MacDougall świetnie spisuje się w roli wycofanego, nieco zagubionego w świecie chłopca, który złości się na niesprawiedliwość losu. Mniejszą rolę ma tu Sigourney Weaver, która rewelacyjnie wciela się w postać pedantycznej babci, której dom przypomina muzeum i zdaje się nie być w nim ani krzty ciepła, które stworzyła dla niego mama w jego własnym. Starsza kobieta pomimo tego jest kochającą osobą, która przeżywa największy dramat matki – śmierć własnego dziecka. Felicity Jones niezwykle wzruszająca, nie została jednak pokazana tak często, jak byśmy mogli chcieć. Jej postać, bardzo dramatyczna, mogła być dokładniej zarysowana i pogłębiona w relacjach w dorastającym synem.

Reżyserii „Siedmiu minut po północy” podjął się J.A. Bayona, hiszpański twórca, znany za oceanem szczególnie z filmów „Sierociniec” i „Niemożliwe”. W jego najnowszej produkcji nie zabrakło napięcia, smutku i dramatyzmu, bądź co bądź film traktuje o stracie rodzica w bardzo młodym wieku i nie jest to pokazane w sposób przesadzony. Również dzięki Patrickowi Nessowi, autorowi scenariusza i literackiego pierwowzoru, którego pomysłodawczynią była Siobhan Dowd. Fantastyczny świat Bayony nie całkiem pokrywa się z rzeczywistym, są to dwa różne światy i choć wizualnie przypomina „B.F.G.” Spielberga, który mieliśmy okazję ostatnio oglądać na wielkim ekranie, fantastyka została pokazana w inny sposób.

„Siedem minut po północy” nie jest więc do końca opowieścią skierowaną do dzieci. Owszem, mamy potwora, dziecięcego bohatera i wyobraźnię tak ogromną, że niemal urzeczywistnioną. Widzów zachwyci wspaniałą realizacją, kreacją tytułowego (ang. „A Monster Calls) monstra i wzruszającymi scenami matki z synem. Potwory pomagające zmierzyć nam się z nieprzyjemnym światem nie są takie znów obce. „Siedem minut po północy” rzewnym dramatem zdecydowanie nie jest, warto go obejrzeć choćby dla kreacji czternastoletniego MacDougalla czy przeszywającego głosu Neesona z backgroundu.

Reklamy