Oskarowy aktorski popis i łzy w salach kinowych – „Manchester by the Sea” Kennetha Lonergana

Nominowany do Oskarów w sześciu kategoriach film z Casey’em Affleckiem w roli głównej można zobaczyć w zaledwie 10 kinach w Polsce. Już wkrótce „Manchester by the Sea” będzie się mogło pochwalić zasłużonymi statuetkami z rewelacyjnym młodszym Affleckiem na czele. Na pozór prosta historia zostaje w widzach na bardzo długi czas.

Lee Chandler (Casey Affleck) powraca do miasteczka Manchester, by zaopiekować się synem zmarłego właśnie brata Joe’ego (Kyle Chandler). To chyba wszystko, co można powiedzieć o „Manchester by the Sea” Kennetha Lonergana, by nie zaspoilerować fabuły. Gdy poznajemy głównego bohatera, w którego wciela się Casey Affleck, jest on dozorcą budynków w Bostonie, pracuje za małą stawkę i absolutnie z nikim nie utrzymuje bliższych lub chociaż przyjacielskich relacji. Po telefonie z wiadomością o śmierci brata, niechętnie wyjeżdża, by zmierzyć się, jak wkrótce się dowiemy, z duchami przeszłości.

„Manchester by the Sea” to puzzle, film wygrany na niedopowiedzeniach, subtelnych wskazówkach i oczach Casey’a Afflecka, bo to, co w nich widzimy, jest czymś niesamowitym. Po rzucie na głęboką wodę, Lonergan miesza teraźniejszość ze zdarzeniami z przeszłości, co tworzy cały background opowiadanej historii, który jest tu właściwie najważniejszy. W nim każde słowo, każda scena i nawet pozornie błahy detal, mają znaczenie. Dzieło Lonergana niesie ze sobą wielki ładunek emocjonalny, jednak i aktorom, i twórcom udało się znaleźć balans pomiędzy dramatem i komedią. W niektórych scenach czarny humor służy rozładowaniu napięcia, jednak osadzony w kontekście jest dowcipem niezwykle smutnym.

Filmową parę w „Manchester by the Sea” tworzy z Lee jego bratanek, 16-letni Patrick (Lucas Hedges). Relacja zbudowana jest na zasadzie przeciwieństw – gdy Affleck milczy, Hedges gra całym sobą. Lee i Patrick mierzący się ze utratą Joe jadą na jednym wózku, lecz różnica pokoleń i doświadczeń tworzy między nimi stały konflikt. Mniej filmie, niż wszyscy chyba się spodziewali, jest Michelle Williams, która wciela się w byłą żonę głównego bohatera. Po małżeństwie nie ma już śladu, powracający do Manchesteru Lee prędzej czy później musi się skonfrontować z byłą miłością, bolesnymi wspomnieniami i cierpieniem, które towarzyszyło ich wspólnej przeszłości. Affleck i Williams podsumowują ciężar emocjonalny historii w momencie, gdy przypadkowo spotykają się na mieście. Aktorzy bezbłędnie przekazali zawiłość uczuć w rozmowie składającej się na nieskończone zdania, wchodzenie sobie w słowo, rozedrgane gesty i desperackie zająknięcia. Michelle Williams zawsze pojawia się w momentach decydujących, scenach świetnie napisanych i bardzo przejmujących.

W „Manchester by the Sea” nawet muzyka nie podpowiada widzom, co czuć. Orkiestrowe i podniosłe dźwięki nie potęgują napięcia i smutku, a często je zagłuszają, niejako dystansując widza od wzruszeń, od tego, co dzieje się na ekranie. Rola Casey’a Afflecka jest zdecydowanie rolą oscarową, młodszy brat znanego Bena Afflecka, pokazał klasę i aktorską wirtuozerię, za którą mogą posypać się absolutnie zasłużone nagrody. To kino spokojne, bliskie niezależnemu i wyjątkowo intensywne.

 

Miasto pełne gwiazd – „La La Land” Damiena Chazelle

W „La La Land” zakochują się krytycy na całym świecie, a film staje się triumfatorem na Złotych Globach, gdzie otrzymał aż 7 statuetek. Damien Chazelle składa hołd klasycznym musicalom w sposób tak piękny i tak cudowny…

Miłość Sebastiana (Ryan Gosling) i Mii (Emma Stone) to nie jedna z tych od pierwszego wejrzenia. Ona, niespełniona aktorka, kontynuująca swoją tułaczkę po przesłuchaniach; on, utalentowany pianista, muzyk, pozornie martwego już gatunku – jazzu. Z początku się nie lubią, trochę sobie dokuczają i marnują kolejne wspaniałe wieczory na uczucie, które nie miało zapłonąć. Związek kwitnie, marzenia się spełniają, a kariera staje się zazdrosną kochanką. Miłość powszednieje wobec kolejnej hollywoodzkiej historii i niegasnących świateł Los Angeles.

W nowym dziele twórcy Whiplash tak łatwo się zakochać. Dla „La La Land” tracą głowę krytycy na całym świecie i obsypują obraz Damiena Chazella deszczem nagród. Film opowiadający o miłości Mii i Sebastiana jest tak naprawdę wieloaspektowy: to baśń o marzycielach, klasyczny musical, częściowo dramat i sceny z kina niezależnego. Pieśń na cześć Los Angeles, Fabryki Snów i niezapomnianych produkcji odsłania ułudę pięknych kostiumów i świateł. Jednocześnie ironizuje i rozkochuje w sobie widza. „La La Land” to murowany kandydat do Oscarów.

„Another Day of Sun” otwiera film z ogromnym przytupem sceną, która już stała się inspiracją do openingu tegorocznych Złotych Globów. Nie sposób się nie zachwycać – kilkukilometrowy korek zmusza aktorów do wyjścia z samochodów, a gdy rozbrzmiewa muzyka w jednym ujęciu rozgrywa się przed naszymi oczami sekwencja z udziałem setki statystów, nakręcona w jednym ujęciu. Chazelle przeplata gatunki racząc widza nawiązaniami do „Deszczowej piosenki” czy „Casablanki”. Gdy romans głównych bohaterów zdąży rozkwitnąć, a sami dorosną do marzeń, które snują, zaczynamy zastanawiać się czy uczucie dwójki głodnych sukcesu artystów ma szansę na przetrwanie.

„La La Land” jest filmem absolutnie doskonałym. Emma i Ryan spotykają się jako filmowa para już po raz trzeci. Nie bez powodu, wytwarzają między sobą naturalną chemię, którą czuć na ekranie, i która owocuje filmami takimi jak „Kocha, lubi, szanuje”. Zadaniem niezwykle trudnym byłoby szukanie minusów tej produkcji. Przebąkiwania o braku głębi i schematyczności historii ustąpić muszą wspaniałym kolorom filmu, choreografii, kostiumom i samej realizacji. Chazelle nie patrzy jedynie tęsknie w przeszłość, a miesza gatunki, konfrontuje stare z nowym, granie do kotleta z Johnem Legend, który pojawia się w filmie. „La La Land” to widowisko samo w sobie z nutą romansu, melodramatu i parą aktorów przyjemnych dla oka.

Dzieje się bardzo dużo i bardzo kolorowo, a do tego sypie grad nagród. Po głośnym „Whiplash” i magicznym „La La Land”, świat filmowy będzie czekał z zapartym tchem na kolejne dzieło zaledwie 31-letniego Damiena Chazelle. Film otwierający nam kinowy rok 2017 jest świetną odtrutką na masowe hollywoodzkie produkcje i warto zachwycić się obrazami i dialogami bohaterów, które płyną prosto z serca. Trudno nie uwierzyć w tę historię, z wieloma pozostanie na dłużej i z pewnością będzie przywoływana jeszcze wielokrotnie. To chyba dowód na to, że w kinach brakuje tego typu historii.

Asasyni, dzieło Szekspira – „Assassin’s Creed” Justina Kurzela

Komputerowa wersja „Assassin’s Creed” od lat niemalże prosiła się o wejście do kin. Ekranizacja gry w gwiazdorskiej obsadzie miała być strzałem w dziesiątkę i kolejnym sukcesem reżysera „Makbeta”. Niemal wszystko poszło nie tak. „Assassin’s Creed” to wtopa, przez którą zapłaczą i fani serii, i Ubisoft.

Callum Lynch (Michael Fassbender) zostaje skazany na śmierć jako winny zabójstwa. Trucizna wstrzyknięta w jego żyłę jednak go nie zabija, a sam Lynch postawiony jest przed faktem dokonanym – od tej chwili ma pomagać Abstergo Industries. Firma, której właścicielem jest Alan Rikkin (Jeremy Irons) i jego córka Sophie (Marion Cottilard), zajmuje się odtwarzaniem pamięci genetycznej. Cal okazuje się być potomkiem członków legendarnego bractwa asasynów i w Abstergo ma jeden cel. Odnaleźć pradawne Jabłko Edenu, którego posiadanie zapewnia kontrolę umysłów. Artefakt od wieków poszukiwany przez Templariuszy ma być odnaleziony.

Ekranizacja popularnej gry „Assassin’s Creed” to niestety film, o którym fani będą chcieli szybko zapomnieć. Dzieło Justina Kurzela jest jedynie w naprawdę niewielkim stopniu inspirowane komputerowym oryginałem Ubisoftu. Na potrzeby filmu stworzono całkowicie nowych bohaterów, a samą akcję, z zupełnie niewiadomych przyczyn, prawie w pełni rozegrano w teraźniejszości, choć trailer filmu sugerował zupełnie coś innego. Tak więc uwięzieni w laboratorium Abstergo Industries obserwujemy mechaniczne ramię, które wszczepiając się w Lyncha wyrzuca go w przeszłość, długie korytarze korporacji, agresywnych „współwięźniów” Cala i… niewiele ponad to.

Sceny rozgrywające się w XV-wiecznej Andaluzji robiły wrażenie nie tylko pod kątem ich efektowności, ale również realizacji, kostiumów i tempa. Kontrastują jednakże ze scenami rodem z science fiction, co tworzy pewne zamieszanie w wystarczająco chaotycznym już scenariuszu. Ten składający się z wielokrotnie powtarzanego kredo Asasynów, długich momentów ciszy i niezwykle patetycznych dialogów stara się być łatany atrakcyjnymi scenami parkouru i imponującymi panoramami. Fassbender i Cottilard współpracowali już z reżyserem na planie „Makbeta”, gdzie Kurzel stworzył niesamowite kreacje aktorskiego duetu i odpowiadał za wspaniałe i pełne napięcia sceny słynnego dzieła Szekspira. W „Assassin’s Creed” aktorzy wypowiadają kwestie mechanicznie i milczą, gdy Jeremy Irons po raz kolejny smętnie wpatruje się w widok za oknem.

„Assassin’s Creed” nie opowiada żadnej szczególnej opowieści, a i sam konflikt pomiędzy Asasynami i Templariuszami nie jest widzom wytłumaczony. Film jest jedynie ciągiem zdarzeń i atrakcyjnymi scenami akcji, w których i do samych bohaterów nie możemy się przywiązać – nie mają bowiem absolutnie żadnych portretów psychologicznych, co do których wykorzystania okazji było wiele. Finansowa klapa tego widowiska nie jest tu winą aktorów, a złego już na pierwszy rzut oka scenariusza. „Assassin’s Creed” pozostanie rysą na karierach szalenie zdolnych Cottilard, Fassbendera i Ironsa, których, jak wiemy, stać na dużo więcej.