Schodzą ze sceny niepokonani – „Logan: Wolverine” Jamesa Mangolda

Hugh Jackman wreszcie, po 17 już latach, doczekał się dobrego, solowego filmu o Wolverinie. Poprzednie dwa („The Wolverine” również w reżyserii Mangolda) niezwykle nieudane, gotowe są, by o nich zapomnieć, gdyż właśnie dostaliśmy film o Wolverinie taki, na jaki ten bohater zasłużył. Oraz godne pożegnanie dwóch sztandarowych bohaterów Marvela.

Mamy rok 2029, Wolverine (Hugh Jackman) prowadzi spokojny zakrapiany alkoholem żywot kierowcy limuzyny. Nie jest już bohaterem, nie ratuje świata, nie biega za X-Menami. Za to opiekuje się Profesorem X (Patrick Stewart), którego w podeszłym wieku dotknęła już swego rodzaju starcza demencja, co w przypadku najpotężniejszego umysłu na świecie może być problematyczne. Obaj, w scenerii rodem z „Mad Maxa”, próbują żyć po cichu i w najbliższym czasie przejść na zasłużony odpoczynek. Mutanci nie rodzą się już od 25 lat, bohaterowie zaznają więc spokoju. Jednak spokoju względnego, gdyż niemal znikąd pojawia się Laura (Dafne Keen), dziecięca kopia Wolverine’a. Drobna, cicha i niepozorna jest maszyną do zabijania, włączając w to niebywały refleks, brak litości i, oczywiście, szpony z adamantium. Mutanci mają być zlikwidowani, rzecz jasna. Laura musi dotrzeć do granicy z Kanadą, a Loganowi nie uśmiecha się już bycie bohaterem.

„Logan” nie jest typowym dla Marvela filmem o superbohaterach i jest to w porządku. James Mangold upodabnia go do typowego filmu drogi, ale dorzuca mnóstwo scen z dramatu i scenografię z nowoczesnego westernu. Tytułowy Logan jest już zmęczony, bo choć starzeje się nieco inaczej niż inni, lata walki, blizny i kolejne kule ładowane bezlitośnie w jego ciało, zaczynają boleć. Gorycz w oczach Jackmana cudownie oddaje klimat filmu, bo tym razem Mangold wlewa w niego mnóstwo melancholii oraz ciepła z odpowiednią dawką humoru. Logan nie ratuje już świata, a przed oczami nie przewija nam się milion postaci czy z dziesięciu superbohaterów o coraz to świetniejszych mocach. Miasta nie płoną, ludzkości nie czeka zagłada, a i koniec świata nie nadciąga. Reżyser w filmie o niezniszczalnych dotyka tematu śmiertelności.

Wreszcie film o Wolverinie jest filmem satysfakcjonującym. „Logan” otrzymał tę cudowną „erkę”, dzięki której twórcy nie musieli martwić się młodymi widzami, na rzecz których sceny walki wygładzano do niewinnej przepychanki. Przy tym traciła niestety i fabuła, i klimat. W „Loganie” trup ściele się gęsto, jest brutalnie, jest krwawo i tak właśnie ma być. Widowiskowe rozrywanie ciał wrogów w wykonaniu Wolverine’a i początkującej w tym sporcie Laury przeplatane jest podróżą przez Stany i trudnymi rozmowami miedzy Loganem a Charlesem Xavierem, które tworzą między nimi absolutnie rewelacyjną relację na pograniczu uczeń-mistrz i syn-ojciec. Cały film jest właściwie oparty na tego typu związkach, bo odkąd pojawia się Laura z pazurami z adamantium, Logan nie może pozostać obojętnym. Tego typu duet ekrany kinowe pamiętają chyba jedynie z „Leona Zawodowca”.

Na tle wszystkich produkcji ze stajni Marvela, „Logan” jest kinem kameralnym. James Mangold skupia się na psychologii bohaterów, relacjach między nimi i nie stara się nadawać im nowych cech, nie stara się zaskoczyć widza, bo postacie, które pokazuje mają już swoją historię. Wolverine jest niemal Wolverinem z pierwszych filmów o „X-Menach”, nie jest już tak ugrzeczniony jak w ostatnich latach, Profesor X potrafi zdrowo przekląć, a młoda Laura, której niejako oddają pałeczkę, choć przez większą część filmu nie wypowiada słowa, fascynuje gestami i mimiką. Choć „Logan” ma swoje niedociągnięcia, szczególnie w obozie „złych bohaterów”, jest w stanie to wszystko zatuszować. Angażuje widza, trzyma w napięciu i porządnie wzrusza wszystkich fanów serii. Hugh Jackman i Sir Patrick Stewart żegnają się ze swoimi rolami godnie i z klasą.

Reklamy