O kobiecie, która żyć nie chciała – „Wakacje nad Adriatykiem” Zofii Posmysz

Usłyszane na adriatyckiej plaży zdanie, przenosi bohaterkę „Wakacji nad Adriatykiem” do czasów drugiej wojny i obozów śmierci. Zofia Posmysz opowiada o kolonijnej rzeczywistości zdaniami długimi, wyważonymi i pełnymi retrospekcji. Słowo „obóz” nie pada tu ani razu.

Narratorka powieści, nazywana później Sekretarką, i Ptaszka poznały się w obozie. To trudna, wymagająca i dziwaczna kobieca przyjaźń, która w głównej mierze opiera się na nierównomiernej trosce o siebie nawzajem. Narratorka jest pełna woli walki, wierzy, że nie przyzwyczajając się do nikogo, będąc czujną i silną, jest w stanie przeżyć. W dramatycznej szamotaninie o życie, bohaterka ciągnie za sobą Ptaszkę. Ta, zrezygnowana i gotowa umrzeć już teraz, zaraz, nie podejmuje nawet oporu wobec bezsensownej śmierci.

Bohaterka powieści obozu tak naprawdę nigdy nie opuściła. Świat kolonii, jak go nazywa, którego pilnują Rycerze i Rycerki jest pełen chorych, słabych i brudnych więźniarek, nad którymi nadzór sprawują Panie Starsze. Choć wojna się już skończyła, a nasza narratorka wyjechała nad morze, by przyjemnie spędzić wakacje, wystarczy byle iskra, by wspomnienia odżyły. W ten sposób czytelnicy zatapiają się w monologu Sekretarki, która w rzeczywistości jest jedynie ciałem, bo umysł na nowo odtwarza smród palonych ciał, gazowania i katorżnicze prace. A przede wszystkim Ptaszkę, która choć mogła, żyć nie chciała.

Autorka nie prowadzi fabuły linearnie, skacze pomiędzy wydarzeniami z dni, które wyglądają często tak samo. Obozowa trauma nie tkwi tu więc w makabrycznych scenach, a właśnie codzienności nędzarek, prostocie stylu i w dobrze wywarzonych oraz subtelnych momentach. Zofia Posmysz odnalazła balans pomiędzy wydarzeniami oraz bohaterkami, które przedstawia. Narratorka jest kobietą niezwykle silną, zdeterminowaną i trzymając się własnych zasad, nie pozwala się zdominować. Również pomiędzy więźniarkami istnienie pewna hierarchia. Wcześniejsze numery patrzą na nowo przybyłe z mieszaniną gniewu, zazdrości oraz wielkim poczuciem niesprawiedliwości.

„Wakacje nad Adriatykiem” po raz pierwszy ukazały się w 1970 roku i od tego roku są ważną pozycją w literaturze traktującej o obozach śmierci. Zofia Posmysz zamieniła własne doświadczenia, w sposób niezwykle odważny, w piękną powieść o kobiecej przyjaźni i dramacie wojny. Mocna, autentyczna i dająca do myślenia.

Starzy dziennikarze nie walczą o kontent – „#upał” Michała Olszewskiego

„Moi rodzice żyją w głębokim ubóstwie informacyjnym, które uważam za groźne, bo jak można nie wiedzieć, co się dzieje gdzie indziej” – mówi Fej, główny bohater „#upału”. Zagląda do telefonu w dzień i w nocy, nie może ominąć go żadna informacja, bo niewiedza sprawia, że wypada się z gry. Michał Olszewski tworzy trafny portret współczesnego dziennikarza.

„#upał” to dzień z życia redaktora portalu internetowego. Newsroom krakowskiego Miasto na Gorąco 24/7 walczy o klikalność, szery na fejsie i miliony lajków. Dawniej, gdy istniała wciąż wersja papierowej gazety, dziennikarze mieli czas na odpoczynek, relaks przy wieczornym drinku czy zabawę ze swoim dzieciakiem, który właśnie zaczął sklejać litery w pierwsze słowa. Ale to było kiedyś, o tym pamiętają w Pokoju Starych Dziennikarzy. Czterdziestoletni Fej jest już po odwyku od sieci (który nawiasem mówiąc przerwał przedwcześnie), ma żonę, dzieci, kochankę, kredyt i dom, do którego nie zawsze wraca na noc. Kontent sam się przecież nie zrobi.

Michał Olszewski bez ściemy opowiada o życiu dziennikarza internetowego w erze upadku gazet i triumfu 100-znakowych newsów na wallu. Fej wszystko robi „na szybkości”, bo liczy się czas, ilość wrzuconych informacji i odpowiednie ich podgrzewanie, żeby się czytelnicy ekscytowali. Przy ogarnianiu wszystkiego i spływaniu prasowych depeszy z prędkością światła, ma za zadanie szkolenie stażystów chętnych do wciągnięcia się w morderczy wir informacyjnego szumu. Olszewski bezpardonowo przedstawia świat dziennikarzy internetowych, którzy żyją dla „napierdalania statusów” i podkręcania tematów w social mediach.

Dziś najlepiej, by dziennikarz wiedział coś o wszystkim i wszystko o czymś, a swoich rozległych zainteresowań nie był w stanie policzyć na palcach obu rąk. Wie o tym stażystka Milena, która deklaruje, że interesuje się właściwie wszystkim, a następnie wymienia spektrum swoich zainteresowań od literatury, sportu i ekonomii, po podróżowanie („(…) ostatnio na przykład odwiedziłam Moskwę, gdzie spędziłam całe trzy godziny.”), rynki paliwowe oraz amatorską grę na giełdzie. Jej prawdziwą pasją jest natomiast fotografia. Coś z niej jeszcze będzie, Fej uczy jak za pomocą kilku haseł wygenerować ruch w sieci.

„#upał” jest powieścią bardzo demaskatorską. Olszewski jako doświadczony reportażysta opowiada językiem „ludzi mediów” o nieustannym ogarnianiu, wielozadaniowości oraz życiu newsem z drugiego końca kraju, ale prędzej czy później doprowadzi to do katastrofy. „Na szybkości” bardzo łatwo o to, by powinęła się nam noga. W mediach huczy, redakcja linczuje maratończyka, który porzucił psa w taki #upał i relacjonuje wszystko w twittach. „#upał” jest satyryczny, lecz absolutnie nie fikcyjny. Olszewski nie zmyśla, a trafnie opisuje medialną rzeczywistość i tworzy niezwykle żywego bohatera, który głęboko wierzy w słuszność misji swojej i jego redakcyjnych kolegów.

Chodząc po wydeptanych ścieżkach – „Ślady” Jakuba Małeckiego

25c5259blady

Jakub Małecki zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko prezentując poprzednią powieść „Dygot”. Nie zwalniając tempa, powraca z historiami bardziej kameralnymi i niedopowiedzianymi. Melancholijne opowieści o życiu i śmierci są fabularnym majstersztykiem.

Tadeusz ginie, gdy kula rozrywa jego czaszkę. Jest wojna, lecz on nie umiera całkiem. Pewna jego część rozpoczyna wędrówkę i snuje opowieści w umysłach innych, a przy tym tworzy fabularną sagę o ludziach, choć nie do końca spokrewnionych, to splecionych ze sobą na różne sposoby. Akcja rzuca nas w wiele miejsc Polski, jesteśmy w Byczynie, w Kwilnie, a nawet w Warszawie. Kim jesteśmy? Jesteśmy światowej sławy modelką, wiejskim grajkiem, z którego się śmiano, jesteśmy wykładowcą na uniwersytecie i mamy romans ze studentką. „Ślady” to poszarpana, niepełna i nieprzewidywalna wędrówka przez życie, która dla każdego z bohaterów kończy się tak samo.

Dziewiętnaście opowiadań, różni bohaterowie i jedna historia. Jakub Małecki przedstawia nam plejadę postaci zwyczajnych, które wiodą swoje przeciętne żywota. Autor głośnego w światku literackim „Dygotu” stawia tym razem, choć niekiedy podobnie jak poprzednio, na detale i z tych właśnie detali tworzy całość swojej powieści. „Ślady” to kompozycja krótkich opowiadań, których bohaterowie przeplatają się w całej książce. Każdy z nich walczy z codzienną zwyczajnością w niezwykły sposób i choć nie można tu wyróżnić żadnego z bohaterów, rodzina Czerskich pozostawia swój ślad w każdej z historii. Chronologia wydarzeń rozpina się od drugiej wojny światowej do lat obecnych, z rozmów wywnioskować można, że miały miejsce całkiem niedawno.

Nie sposób uniknąć porównań do „Dracha” Szczepana Twardocha, bo jeśli tę pozycję mamy za sobą, rozpoznamy stwora unoszącego się nad każdym z bohaterów. I u Twardocha, i u Małeckiego dużą rolę grają siły natury. To często natura doprowadza do pewnych zdarzeń, również i do śmierci, i ta połączona z mocno rzeczywistą prozą, zachwyca czytelnika realizmem magicznym, który z nawet najbłahszych rzeczy stworzy fantastyczną historię. „Ślady” mówią więc z pozoru o śmierci, o odchodzeniu i sprawach dość fatalistycznych, co u każdego wygląda niemalże identycznie. Co ważne, we wszystkim tym błyska iskierka życia, czas pomiędzy narodzinami a śmiercią, na który to właśnie my mamy wpływ. Bo pomimo tej tajemniczości śmierci, nie wiadomo kiedy i w jaki sposób ona nadejdzie, sprawa jest dość prosta i to życie skrywa największą tajemnicę. U Małeckiego dominują rzeczy złe i smutne, wiele momentów jednak wzrusza i przypomina na swój sposób polską jesień – szarą i ponurą, lecz z czasem przytulną i zaskakująco malowniczą.

Jeśli debiut Jakuba Małeckiego jeszcze przed Wami, radzę jak najszybciej nadrobić zaległości. „Dygot” dużo mniej przystępniejszy niż najnowsze „Ślady”, zachwycił mnie stylistycznie, był nowatorski i przeszywający niczym pierwszy mróz. „Ślady” nieco bardziej odrealnione, kontynuują egzystencjalne myśli „Dygotu”, mówią o śmiertelnych istnieniach i nieśmiertelnych wspomnieniach. Małecki pozostawia nas z myślą, że choć każde życie jest wyjątkowe, teraz, dla każdego z osobna, na przestrzeni lat nie pozostanie po nim nic jak tylko ślady. Często zatarte.